Nieoswojony

Moje skrzydła zbyt rozłożyste by pomieściło niebo.
Krępuje mnie poświata padająca na mnie z góry. Nie nauczono mnie z dumą znosić własne piękno.

Czytałem wielkie księgi prawdy, po lekturze których nie odzyskałem już wzroku.
Jestem głodny więc biegnę, nie mam siły by jeść.
Wychodzę na miasto, by wleźć w sedno prawdy i wyssać z niej kaloryczne jądro.
Na ścianach mojego zamku odliczam dni, gdy wraz z Kerouakiem wzniosę kielich za przeżytą śmierć.
Ze szczytu świata obserwowałem skłębione życie bliźnich oraz ciebie, której nie zabrałem ze sobą.
Dajcie mi pustą bramę, a rozpętam nową konstytucję zawierającą tylko jedno słowo –
– „Człowiek”.

Nie, nie chcę usiąść na tej skórzanej kanapie. Nie zaznałem wygodnej pozycji.
Odmawiam goszczenia w domach, bo kto dał im prawo, by dysponować światem.
Nieoswojony z gatunkiem ludzkim, odwracam wzrok, organizuję własną pustkę.
Wolność to skarb, z którym trudno chodzić po ulicach.
Pragnę szczęścia tak zapamiętale, że zwarstwiony rachunek trosk rodzi grawitację.

Ulubionym kolorem jest szary.
Nie zdziw się, gdy ujrzysz we mnie brzydotę oprawców Chrystusa.
Na mocy nieuczciwości wytaczam ci ten wiersz.
Jestem ten sam, nie pomylisz się wskazując mnie palcem.

Interesują mnie słowa zdatne rozpłomienić twój Uśmiech.
Boję się posiadać, dlatego zrzekam się prawa do kradzieży.
Próbowałem zaprojektować dobrostan, ale na zewnątrz zaświeciło słońce.
Teraz posługuję się prawdą, by przekabacić cię na moją stronę i dopiero w cieple twojego łona, powiedzieć „co dalej”.
Jestem tak nieśmiały, że aż piszę wiersz. Spalam go ze wstydu.
Nie podchodzę, wolę wykiełkować z mojej głowy, dla ciebie, kwiat.
Cepelia moich myśli otwarta gdy twoje oczy, byś nie zapomniała.
Moja zwykłość niezbędną przykrywką, by śnić na jawie, tylko tak zapamiętuję sny.
Tropię Absolut w Empiku. Chroniony prawem czytelnika, piszę własny żar.

Zima 2010